poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rozdział 6

- Kim jesteś?
- Nie pamiętam.
- Co tu robisz?
- Nie pamiętam.
- Jak się tu znalazłaś?
- Nie pamiętam. 
- Twoje ostatnie wspomnienie? 
- Siedziałam na pniu, rozmawiałam z... 
- Z kim? 
- Z przyjacielem.
- Gdzie on teraz jest?
- Nie mam pojęcia.
- Nie możemy ci pomóc, skoro ty nawet nie wiesz, kim jesteś.
- Nie chcę pomocy. Chcę tu na niego poczekać. Skoro mnie zostawił, to na pewno miał powód. 
- Jesteś pewna? 
- Tak. Wróci po mnie.
- Dobrze. Możesz jeszcze raz powtórzyć, dokąd zmierzacie? 
- Do Gwardii Ślepców. 
- To ostatni raz, kiedy użyłaś tej nazwy w tym miejscu. Zagubione Miasto nie jest we władzy Ślepców i nigdy nie będzie miało z nimi nic wspólnego. 
- My też nie jesteśmy. Chcę tylko komuś pomóc. 
- Nie wychodź z tego pokoju i nie próbuj żadnych sztuczek. Nie chcemy kłopotów. 
- Dobrze, dziękuję. 
Mężczyzna wyszedł. Wyglądał na około czterdzieści lat, był wysoki i dobrze zbudowany. Miał szare włosy, brązowe oczy i mundur wojskowy. Wyglądał na wyjętego z obrazu batalistycznego. Tak było. Miasto zatrzymało się w czasie, a zobaczyć je mogli tylko ci, którzy wiedzieli o jego istnieniu. Mieszkańcy rozumieli realia współczesnego świata, ale chodzili w strojach sprzed niemalże trzystu lat, stosowali starą technologię i nie mogli ruszyć dalej. Nie mogli opuścić miasta, utknęli. Żyli w tej pętli bardzo długo i zupełnie zapomnieli o swoim wcześniejszym życiu. Pamiętali tylko to, co było w tym momencie. Pranie ubrań w rzece, choć wiedzieli o istnieniu pralki. Świece, choć poznali elektryczność. Nic nowego nie przetrwało w tym miejscu, dlatego musiałam je szybko opuścić. 
Ułożyłam się na drewnianym łóżku, przytuliłam do białego materiału i zamknęłam oczy, żeby spróbować zasnąć. Na lewej ręce wyczułam maleńką ranę, jakby po zastrzyku. Dziura w mojej pamięci była tak irytująca, że sama się ze sobą męczyłam. Spędziłam godzinę w zupełnej ciszy, dłużej nie wytrzymałam. Opuściłam drewniane pomieszczenie, wyszłam na zewnątrz. Była noc, a większość mieszkańców poszła spać. Niektórzy włóczyli się po okolicy w świetle księżyca. Martwi. Spod ubrań wystawały kości, nie pozostało na nich ani trochę mięsa. Pod osłoną nocy mieszkańcy zamieniali się w szkielety. Co takiego zrobili, że zasłużyli sobie na taką karę? Szłam prosto przed siebie, aż do małej klatki na rozdrożu. Siedziała w niej dziwna istota. 
Miała smocze skrzydła osłaniające niemalże całe ciało, smocze szpony i łuski na połowie twarzy. Druga połowa pozwoliła mi rozpoznać Gabriela. Przylgnęłam do metalowych prętów.
- Co oni ci zrobili? - zapytałam. Nie odpowiedział, tylko wskazał leżącą niedaleko cegłę. Podniosłam ją i zaczęłam uderzać w kłódkę tak długo i tak mocno, że w końcu odpadła, a mężczyzna wyszedł na wolność. Wrócił do ludzkiej postaci, zacisnął palce na mojej dłoni i zaczął mnie ciągnąć wzdłuż drogi. 
- Mam w kieszeni klucz do rozwiązania naszego problemu. 
- Kim są ci ludzie? 
- Zamordowali grupę podróżnych zmiennokształtnych, szantażowali Gwardię i posługiwali się czarną magią, żeby utrzymać się przy życiu. Głód doprowadził ich do szaleństwa i przez niego posunęli się do najgorszych czynów. Nie możemy tu zostać. Mam wszystko, czego chciałem. 
- Dlaczego nie polecimy?
- Bo nas zestrzelą. - burknął, przyspieszając. Szkielety w ogóle się nami nie zainteresowały. Byli zajęci swoim księżycowym transem. Jakkolwiek o tym nie myślałam, ich los wydawał mi się smutny i tragiczny. 
- Nigdy więcej nie grzeb w mojej pamięci. - powiedziałam surowo, kiedy tylko opuściliśmy miasto.
- Nie grzebałem, po prostu cię uśpiłem. 

niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 5, część 3

Wbiegliśmy do jakiejś małej jaskini. Gabriel odwrócił się tyłem do wyjścia i rozłożył skrzydła, żeby nas zasłonić. Głupia istota nas nie zauważyła i pobiegła dalej.Nagle stało się ciemno, jakby Gwardia była w stanie zgasić słońce... Po prostu za długo uciekaliśmy i nawet nie zwróciliśmy uwagi, że nastał wieczór. 
Zrezygnowaliśmy z ogniska, woleliśmy siedzieć w zimnym mroku, niż wystawić się jak przynęty. 
Jaskinia była rozmiaru schowka na miotły. Obok niej płynął strumyk ze słodką wodą. Napiliśmy się, umyliśmy i w końcu zdecydowaliśmy, że pójdziemy spać, żeby zagłuszyć burczenie w brzuchu. 
Mieliśmy się wymieniać, żeby każde z nas zaznało snu. Siedziałam oparta o kamienną ścianę i obserwowałam Gabriela. Chodził to w tą, to w tamtą i patrzył na niebo. Co chwila opierał się o największe drzewo i coś do niego mówił. Chyba tęsknił za swoją ukochaną... A może wcale nie tęsknił, może po prostu nie miał z kim porozmawiać, a ja byłam za głupia na rozmowę? 
Nie mogłam zasnąć i tylko niecierpliwie oczekiwałam swojej zmiany, żeby chociaż Gabriel się wyspał. Ale on też nie miał ochoty na sen. Usiadł obok mnie.
- Jakie to wszystko jest głupie. - powiedział i rzucił patykiem o skałę, łamiąc go na dwie części. 
- Nie wyżywaj się na patykach. 
- Dlaczego nie śpisz? Nic cię nie zje, jak będę pilnować. 
- Nie wiem. 
- Mhm. 
Zapanowała cisza. Po chwili chłopak położył głowę na moim ramieniu. Zasnął. Przez całą noc nawet nie drgnęłam, żeby tylko pozwolić mu się wyspać. Rano ruszyliśmy dalej, wgłąb lądu. W końcu dotarliśmy na miejsce.
Tam znów się zawiodłam. Zastaliśmy ruiny wielkiej budowli, zamiast zamku. Gwardia się przeniosła, zostawiając po sobie bałagan. Usiadłam na przewróconej, kamiennej kolumnie. 
- Lukas nie żyje, prawda? - zapytałam, chowając twarz w dłoniach. - Nie możemy iść dalej. Oddam się policji. 
- I co im powiesz? - burknął, usiadł obok mnie. - Myślisz, że ktokolwiek będzie chciał słuchać prawdy? 
- Co za różnica? Masz rację, nie mam żadnej wartości, nikomu się nie przydam i mogę tylko zaszkodzić, więc lepiej będzie, jak mnie skarzą na śmierć. 
- Nie masz pojęcia, co mówisz. Jest dla nas miejsce na tym świecie. Niewinnych, oskarżonych o paskudne rzeczy.
- Ty też taki jesteś? Dlatego mi pomagasz? - spojrzałam na niego podejrzliwie. 
- Mhm, ale to nie jest jedyny powód. 
- Jakie są inne?
- Chciałbym stanąć przed Gwardią i powiedzieć im, co o nich myślę.
- A co myślisz?
- Myślę, że to banda dupków. Nigdy nie zrobili niczego dobrego dla nas, zagubionych w świecie. Są zwykłymi mutantami, a noszą się jak królowie. Chciałbym im powiedzieć, że kiedyś w końcu dostaną to, na co zasługują. Karę śmierci. 
- Głupi jesteś. 
- Dlaczego?
- Jak tak powiesz, to cię zabiją. 
- Może, ale to będzie najlepszy z możliwych sposób na śmierć.
- Żartujesz? Ja bym wolała umrzeć ze starości. 
- Bo jesteś głupia.
- Niech ci będzie. - zaśmiałam się. 
- Co teraz zrobimy? Masz jakieś pomysły?
- Nie wiem... Nie mam.
- Jak zwykle muszę za ciebie myśleć.
- Och, żebyś się przypadkiem nie przemęczył! 
- Zobaczymy. Chodź. Już wiem, gdzie możemy znaleźć informacje. 

czwartek, 19 stycznia 2017

Hello! ♥

Witajcie ponownie! W 50% jestem chętna do kontynuowania historii naszej złośliwej bohaterki. Jest szansa, że pojawi się tu jakieś życie?
Rozgośćcie się w moich skromnych progach! ♥

Rozdział 5, część 2

- Co się stało? - zapytałam zdezorientowana. Zaśmiał się.
- Zależy o co pytasz. O to co się stało przed tym, jak uderzyłem cię w głowę łopatą czy po tym?
- Uderzyłeś mnie w głowę łopatą?
- Zostawiłaś mnie.
- Samobójca!
- Niby dlaczego?
- On chce cię zabić. A raczej chce, żeby Lukas cię zabił, a potem zabierze twoje oczy...
- Jego tu nie ma. - westchnął. - Całe twoje szczęście. Teraz posłuchaj uważnie i weź do siebie każde moje słowo. Jesteś głupia i masz pretensje o wszystko do wszystkich, mając się za jakieś bóstwo. Wykorzystałaś mnie tylko po to, żeby dotrzeć do mojego potencjalnego oprawcy a nadal jesteś obrażona za to, że wydałem cię komuś, kto nawet nie miał zamiaru cię skrzywdzić, więc jesteś gorszym zdrajcą ode mnie. Jesteś niewiele warta i niewiele rozumiesz, a także wzięłaś sobie za priorytet obrażenie jak największej ilości ludzi, którzy próbują ci pomóc. Więc zamknij się, zanim następnym razem zechcesz komuś dopiec, bo nigdy więcej nie uratuję twojej dupy. Rozumiemy się?
- O... - wydobyło się z moich ust. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wkurzył mnie, czy nie wkurzył? Byłam zła, czy nie byłam zła? Właściwie pierwszy raz ktoś mi dopiekł.
- Co?
-Myślę, że to nie fair. Ty też mnie obrażasz, też się na mnie obrażasz i z reguły nie jesteś zbyt sympatyczny, w dodatku próbowałeś...
- Co próbowałem? Nie wkurzaj mnie! Za chwilę schodzimy na ląd. Jeszcze raz wywiniesz mi głupi numer to na pewno nie doprowadzę cię do mojego kuzynka.
- Pewnie, pchaj się prosto w kłopoty. - prychnęłam. Skierowałam się do schodów i dopiero kiedy wyszłam na pusty pokład, dotarło do mnie, że zrobiło mi się przykro. Myślałam, że może Gabriel jednak coś do mnie poczuł, że może jednak...
Przybiliśmy do brzegu dość dużej wyspy porośniętej drzewami. Nie wyglądała na siedzibę pożeraczy ludzkich serc, właściwie całkiem mi się tam podobało. Gabriel nawet na mnie nie spojrzał, od razu zeskoczył na piasek. Ja zsunęłam się po linie, zupełnie zapominając o lasce Ceddy. Czy była nadal na pokładzie? A może ją zabrał? Kiedy się odwróciłam, statku już nie było. Nie znosiłam znikających ludzi i znikających przedmiotów.
- Alex, idziesz? - zapytał Gabriel, rozsuwając gałęzie krzewu o drobnych liściach. Kiwnęłam twierdząco głową, przyłączając się do towarzysza. Inaczej wyobrażałam sobie to miejsce. Było pełno egzotycznych roślin, ptactwa i... No właśnie, to ptactwo wydawało się dziwnie... inteligentne. Miałam wrażenie, że ptaki podawały sobie informacje. Były nośnikami danych. Gwardia Ślepców już wiedziała, że dotarliśmy na miejsce. I tu pojawiło się pytanie: Czy jeśli Cedda pragnie odzyskać wzrok, to inni także? Być może wielu z nich zabiłoby za oczy Gabriela. A skoro mieli Lukasa, każdy z nich mógł tego dokonać. I pomyśleć, że około czterdziestu żyć zostało odebranych w tym celu... I do czego ja jestem w tym wszystkim potrzebna?
- Co się stanie, jeśli oddam Lukasowi naszyjnik? - zapytałam, żeby przerwać ciszę. - Jeśli on naprawdę żyje...
- Nic, to działa tylko raz.
- Ty się zmieniasz odkąd masz tatuaż? Tak to działa?
- Nie. Albo masz w sobie ,,to coś'', albo nie masz. Ty najwidoczniej masz, skoro naszyjnik zadziałał. Tylko że bez naszyjnika ,,to coś'' nie działa. W każdym razie, u zwykłej osoby nie zadziała, więc nie myśl o oddaniu tego swoim koleżankom.
- Moje koleżanki nie żyją.
- Dlaczego ze mną rozmawiasz? - burknął, zatrzymując się nagle. - Bo ci mnie szkoda? Bo rzuciła mnie dziewczyna, mój kuzyn musi mnie zabić, żeby uratować swoje życie i zeznać na policji że wcale nikogo nie pożarłaś?
- Po prostu pomyślałam, że potrzebujemy tej rozmowy. Oboje.
- Nakrzyczałem na ciebie i nagle mnie lubisz? Jeśli tak, wstaw się za mną przed Gwardią.
- Jakbyś mnie kiedykolwiek posłuchał, to byś wiedział, że...
- Nic nie mów, obudzisz...
- Umarłych. Czy cały ten świat zbudowany jest na śmierci?
- Tak to działa.
- Cholerne nieszczęście...
- Schyl się. - rozkazał, zamieniając swoją dłoń w smoczą. Wykonałam polecenie, nad moją głową przeleciała kula ognia.
- Zdolny jesteś. - burknęłam, rozprostowując plecy. Spojrzałam na jego cel. Dziwna kreatura miotała się, próbując ugasić płomienie. Stworzenie było wysokie, białe. Wystawały mu żebra, twarz miał podłużną i pustą, nie miał ani oczu, ani nosa, tylko szeroki otwór w miejscu ust, wypełniony ostrymi zębami. Miał długie ręce i dziwnie wykrzywione nogi, był nagi, a palce zakończone były szponami.
- Mutant. - oznajmił Gabriel, łapiąc mnie za rękę. - Wiejemy.
- Dokąd? W ogóle znasz to miejsce?
- Nie, będę improwizować. Jak najdalej od wszystkiego co cuchnie, rusza się, próbuje mnie zjeść albo oddać komuś, kto chce mnie zjeść.
-,,Komuś, kto chce mnie zjeść'' brzmi dziwnie. - westchnęłam, a potem zostałam szarpnięta i zmuszona do biegu z brunetem. Przeskakiwaliśmy przeszkody, mijaliśmy drzewa i oboje próbowaliśmy nie słyszeć jęków goniącego nas stwora. W co ty się znowu wpakowałaś, Alexandro?

czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 5 część 1

Nie może być tak, jak chcemy. Po co? Byłoby nudno, gdybyśmy dostawali wszystko. Byłoby smutno,gdybyśmy zawsze słyszeli ,,tak''.  ,,Nie'' więcej nas nauczy, bardziej na nas wpłynie, bardziej nas zrani. Nie ważne, ile razy spadniesz z drzewa, póki się poważnie nie pokiereszujesz, nie zdecydujesz się na zaprzestanie prób wejścia na nie. Rany uczą, jeśli chce się uczyć. Kto nie chce się uczyć życia? To chyba znaczy być przegranym. Uczymy się każdego dnia. Uczmy się. Oduczmy się ślepej wiary w ludzi. Nie przeżyją za nas życia, nie zdobędą za nas wiedzy.
Naiwna starałam się jak najdłużej utrzymać się na powierzchni. Gdybym teraz przypadkiem wypuściła laskę, już nigdy nie wróciłabym do domu. Jeśli już... to prosto za kratki. Statek był już blisko, zauważyli mnie. Lśniąca lina zanurzyła się w mroku. Chwyciłam ją i z trudem wdrapałam się na pokład. Padłam na deski wciąż mocno zaciskając palce na lasce. Nie widziałam załogi. Cedda pojawił się przede mną, a w mojej ręce znów znalazł się prymitywny nóż. Mężczyzna wyciągnął do mnie rękę, ale wstałam sama.
- Zmiana planów - oznajmił zadowolony - wymordowali załogę sto lat temu
- To kto rzucił linę? Kto stoi za sterem?
- A widzisz, żeby ktoś stał? - prychnął. Faktycznie, poza nami nie było na statku ani jednej żywej duszy
- Dziwne...
- Stul dziób
- Proszę?
- Jak zirytujesz statek, to cię wyrzuci
- Statek mnie wyrzuci?
- Albo ja cię wyrzucę
- Przed chwilą mówiłeś, że mnie potrzebujesz!
- Jak mi się odechce kombinowania, to pozabijam wszystkich i będzie po problemie. Teraz jest zabawnie
- Zabawnie?! A wiesz chociaż jak dopłynąć do celu?
- Do celu po trupach
- Pytam poważnie
- Poważnie odpowiadam. Spójrz. - wskazał ręką wodę. Zerknęłam w dół i zobaczyłam pozbawione życia ciała. Zamarłam.- Zaczniesz mi w końcu wierzyć, czy mam cię wyrzucić?
- Zacznę. Dokąd płyniemy?
- Do mojego starego przyjaciela. Powiadomi Gwardię i pomoże nam sprowadzić na miejsce Gabriela w jednym... no...ewentualnie kilku kawałkach
-Nie krzywdź go - powiedziałam automatycznie. Najpierw mówię, potem myślę...
- Głodna? - zmienił temat od razu
- Nie
- Zmęczona? Połóż się i śpij. Obudzę cię, jak będziemy na miejscu.
- Nie! - nie mogłam mu do końca zaufać, wolałam obserwować drogę. Odwróciłam się na pięcie, żeby przejść na drugą stronę łodzi, a wtedy poczułam uderzenie w głowę. Padłam.
Otworzyłam oczy. Byłam nadal na łodzi, ale pod pokładem. Miałam związane grubą liną ręce i nogi. Leżałam z widokiem na puste klatki. Usłyszałam kroki i zamknęłam oczy, żeby jeszcze przez chwilę udawać sen. Męska dłoń delikatnie pogłaskała mój policzek. Czułam silny zapach jakiejś rośliny, skądś go znałam.
- Tęskniłem - zabrzmiał głos Gabriela. Moje serce przyspieszyło, a sumienie zaczęło atakować agresywniej niż zwykle. Bałam się.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rozdział 4 część 4

Przelatywaliśmy właśnie nad jeziorem pełnym mroku. Woda była prawie czarna, a powietrze zimne. Pod nami znalazła się całkiem spora skała, ozdobiona umierającymi gałęziami. Wylądowaliśmy i to lądowanie do przyjemnych nie należało. Sam stanął z gracją, mnie upuścił i uderzyłam o skały. Nie miał ochoty mi pomóc, więc musiałam podnieść się sama, a cień dobrego człowieka, którego w nim widziałam, zniknął w tłumie innych cieni straszących w tym mrocznym miejscu.Dumnie wyciągnął do mnie rękę.- Nóż. - powiedział krótko, a ja zrozumiałam, o co mu chodziło. Zawahałam się jednak przed podaniem mu kamiennej broni, bo nawet, a może przede wszystkim, jemu nie powinnam ufać. Po chwili namysłu położyłam kamień na jego dłoni.
- Na czym ma polegać nasza współpraca?- zapytałam. Przyłożył palec do ust.
- Cii, bo ich obudzisz. - powiedział unosząc kącik ust
-Kogo? - zdziwiłam się. Przeżycie w takich warunkach byłoby niemożliwe nawet dla mutantów.
- Umarłych. - odparł tajemniczo i ustawił kamień pionowo na swojej dłoni, po czym odsunął ją. Broń powinna upaść, ale zatrzymała się w powietrzu i powolutku wydłużała, aż osiągnęła długość mniej więcej metra i na samej górze podzieliła się na trzy ostro zakończone kawałki, przypominające szpony.
- Co to jest? - zapytałam ciekawska, chociaż na pierwszy rzut oka przypominało to laskę.
- Nadzieja. - odparł i dotknął palcem punktu między szponami, po czym odsunął rękę, a na jej miejscu pojawiła się kula stworzona tylko i wyłącznie ze światła. Rozniosła swoje ciepło po terenie wokół nas i napełniła mnie dziwnym spokojem. Jeśli to była nadzieja, to uczucie prowadzące mnie do mojego partnera nawet w najmniejszym stopniu jej nie przypominało.
- Jak się stąd wydostaniemy? W tej mgle... - nie skończyłam, bo uderzył mnie tą właśnie laską w głowę.
- Zadajesz za dużo pytań.
- Chcę tylko wiedzieć!
- Pomyśl.
- I co mi to da?
- Nadzieję.
- Nie chcę nadziei!
- Nie chcesz? - znowu się uśmiechnął i wystawił laskę za skałę. Drgnęłam, chciałam się rzucić, żeby ją złapać. Taki był jego zamysł... udowodnił, że potrzebowałam tego światełka. - A jednak chcesz. Tylko nadzieja może doprowadzić cię do końca twojej drogi i początku mojej.
- O czym ty mówisz?- zdziwiłam się. Zabrzmiało to tak, jakbym miała mu coś oddać. Życie. Jakbym miała mu oddać życie...
- Niedługo się dowiesz. Milcz, bo ich obudzisz.
- Powiedz mi teraz, albo zrezygnuję ze współpracy! - buntowałam się
- Twoja droga zakończy się, kiedy go znajdziesz. Moja, kiedy poświęcisz drugiego. Widzisz, ciężko mi żyć bez wzroku. Moi ludzie mieli mi przynieść jedną ofiarę, której oczy mógłbym posiąść, ale okazało się, że została ona zgarnięta przez innych. Nie tylko ja poniosłem tak ogromną stratę i nie tylko ja chcę odzyskać to, co mi zabrano. Nie słyszałaś pewnie o Gwardii Ślepców, prawda? Każdy z nas oddał wzrok za potęgę. Po co jednak potęga, skoro nie można dostrzec jej piękna?
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że potrzebujesz wzroku...
- Tak myślałem, ale potem dowiedziałem się, że twój kochaś nie pasuje. On mi się tylko przyda do odebrania wzroku swojemu krewnemu. Niezbyt wolno nam się między sobą zabijać, ale łagodniej traktują tych, którzy karzą rodzinę, bo musi to być zasłużone. Gabriel zasłużył, nieprawdaż? - wszystko stało się dla mnie jasne. No...prawie wszystko.
- Tak - odpowiedziałam mimowolnie. -Niech będzie, zabierz nas stąd.
- Ja? Nie mam ochoty. - prychnął.
- Na wydłubanie oczu Gabriela masz ochotę, a na krótki lot nie?
- Nie wydłubię mu oczu! Co za niedorzeczność! Ubrudziłbym się, uh! Żeby zabrać mu wzrok i zachować swoją potęgę muszę zwołać radę. To trochę potrwa.
- A po co ci w tym ja?
- Potrzebuję świadka.
- Ach, świetnie!
- Też tak sądzę. Jednak masz odrobinę rozumu. Nie podoba ci się tu?
- Nie, jest cudownie. - załamywałam ręce i zastanawiałam się, czy każdy z Gwardii jest takim idiotą...
- Cudownie... hm...
- Hej, tam jest statek! - stwierdziłam radośnie wskazując na lśniącą konstrukcję poruszającą się w naszym kierunku
- Jesteś sama, zabłądziłaś. Zejdź na najbliższy ląd, nie zgub mnie.
- Proszę? - nie dostałam odpowiedzi, Cedda zniknął, a laska znalazła się w mojej ręce. Światło nie było już nieskazitelnie czyste, ale czerwone jak krew. W nim się ukrył... Był naprawdę potężny, obawiałam się trochę, ale tylko on mógł mi pomóc odnaleźć Lukasa. Tęsknota była silniejsza niż strach. Rzuciłam się do wody.

niedziela, 28 września 2014

Rozdział 4 część 3

Cedda cierpliwie znosił smród dzikusów. Nerwy jednak mu się skończyły, gdy któryś z nich przypadkiem uderzył jego głową o kamień. Wtedy ten zamienił pal i sznury w pył. Porywacze upuścili  Gabriela, żeby podjąć żałosne próby ponownego związania Ceddy. Ja sobie leżałam w bardzo niewygodnej pozycji czekając, aż ktoś łaskawie mnie uwolni.
- A żeby ich... - marudziłam pod nosem i zajęłam się rozwiązywaniem nieudolnie splątanych sznurów. Wiercenie dłońmi w więzach wcale mi nie pomogło.Gabriel leżał sobie spokojnie i czekał na moją pomoc. Naiwniak. W końcu udało mi się rozluźnić więzy i uwolniłam ręce raniąc je tak, jakby to policja skuła mnie w kajdanki... Przynajmniej bym miała spokój. Rozwiązałam nogi i podniosłam się.
- Mniam mniam wolna! Kura wolna! - zawołał jeden z dzikusów odrywając wzrok od swoich towarzyszy związujących szarpiącego się Ceddę. Rzucił się w moją stronę, bo tamtych najwidoczniej bardziej interesowała rozrywka, niż jedzenie.
- Ty, rozwiąż mnie. - powiedział z dołu Gabriel, a ja zignorowałam go i przyjęłam atak dzikusa. Próbował wbić we mnie swój kamienny nóż, ale złapałam w locie jego rękę. Moje palce zamieniły się w szpony i zrobiły mu krzywdę, więc krzyknął z bólu. Upuścił nóż i zwiał do swoich. Podniosłam kamień i po chwili namysłu zdecydowałam, że nie potrzebna mi była pomoc oszusta. Nie mogłam mu już ufać. Cedda za to był potężny i mógł mnie doprowadzić tam, skąd mogłabym uwolnić mojego ukochanego. Czułam się nieciekawie z takim chciwym pragnieniem postawienia na swoim, ale nie mogłam być dłużej zabawką Gabriela. Nie mogłam być lekarstwem. Ruszyłam do Ceddy i rozłożyłam skrzydła. Uderzyły w przeciwników z taką siłą, że powaliły ich na ziemię. Cedda uśmiechnął się i rozerwał więzy, po czym wyciągnął do mnie rękę. Schowałam skrzydła.
- Pomogę ci odnaleźć tego, kogo szukasz, ale liczę na pewną przysługę. - powiedział
- Jaką? - zapytałam na wszelki wypadek
- Współpracuj ze mną. - oznajmił. Gabriel się uwolnił, bo broń jednego z dzikusów wylądowała tuż przy nim, podszedł do nas. Ułożył dłoń na moim ramieniu.
- Nie rób tego, to oszust. - błagał. Dziwne, zaledwie kilka godzin wcześniej sam wolałby się trzymać Ceddy, a teraz stanął przeciw niemu.
- To ty jesteś oszustem. - oznajmiłam i przecięłam mu dłoń kamieniem. Syknął z bólu i oderwał ją ode mnie, pozostawiając na moim ubraniu ślady swojej krwi. Wykorzystując chwilę wolności złapałam dłoń Ceddy. Wolną ręką zrzucił z nosa okulary, które jakimś cudem nie spadły wcześniej. Zobaczyłam jego ślepe oczy i zrobiło mi się go żal. Każdy jego zmysł był wyostrzony, ale ten jeden z najwspanialszych nie był dla niego dostępny. Był naprawdę przystojnym mężczyzną, tylko te oczy... przerażały. Dlatego wszędzie nosił okulary. Przylgnęłam do jego silnego ciała, objęłam je. Umieścił dłoń na moich plecach i rozwinął skrzydła. Smocze, silne, piękne skrzydła. Oderwał nas od ziemi i trzymając mnie mocno, żebym nie upadła, pozwolił mi zobaczyć, że też miał w sobie chociaż odrobinę dobra. Okulary leciały swobodnie, a Gabriel patrzył na nas z nienawiścią. Nie tak to miało być... nie tak... Dopiero gdy zamknęłam oczy i przypomniałam sobie słodki dotyk ust Gabriela, pożałowałam swojej chciwości. Ten oszust mógł być właśnie moim ukochanym...